Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było... Dobry wojak Szwejk
RSS
niedziela, 16 listopada 2014

  Może to jakieś fatum, czy co? Kiedy idziemy z Małżonem głosować, to zawsze coś się dzieje. Dzisiaj dla przykładu przed wejściem do lokalu wyborczego trzech młodych podchmielonych rozrywki zapragnęło i zaczęło zaczepiać wchodzących i wychodzących porządnych obywateli. Wdałam się w dyskusję z dwoma, o co miał do mnie pretensje Małżon, bo mnie po prostu wkurzył jeden z drugim. Niewybredne uwagi i drwiny na temat preferencji wyborczych wchodzących ludzi ocenianych po wyglądzie, wieku, ubiorze. Przy tym jeszcze niedopite butelki, które świadczyły, że dobrze się bawili. Nie wiem, czy to nie była prowokacja wyborcza, bo coś mi w tym wszystkim nie pasowało – za starzy byli na ,,szczeniackie” wybryki i odzywki, to po pierwsze. Po drugie, nie znam tych ludzi, nigdy ich wcześniej nie widziałam, zapewne są z zupełnie innej dzielnicy – więc co tu robili? Dlaczego taki peryferyjny okręg wyborczy dla ,,rozrywki” wybrali? No sama nie wiem, co o tym dalej sądzić.

 Ale to jeszcze nic. Najdziwniejsze było jednak zachowanie dwóch policjantów i pana strażnika miejskiego, którzy owszem stali przy tych łobuzach i ,,coś tam” spisywali, a nawet zgłaszali ,,coś tam” do centrali (,,coś tam”, bo nie wiem co dokładnie), ale nie reagowali w ogóle na bardzo niegrzeczne zachowanie tych mężczyzn. Miałam wrażenie, że zupełnie ich to nie obchodzi, że tamci zaczepiają ludzi, że stanowią zagrożenie dla starszych, którzy po prostu boją się przejść obok takiej grupy podchmielonych. Zresztą nie tylko dla starszych, bo młodzi też nie lubią być zaczepiani i wyśmiewani. Dziwne to wszystko.

 Było jeszcze trochę innych stresujących wyborów. Kiedy Izka dostała dowód osobisty chciała iść głosować, bo taka dorosła i w ogóle. Dokument do ładnej torebki zapakowała i z rodzicami do lokalu wyborczego poszła, gdzie według powinności obywatelskiej głos swój trzeba oddać. I tak też było. Nazajutrz Izka zamiast wziąć tę ładną torebkę z dowodem, wzięła tę codzienną torebkę bez dowodu i pojechała egzamin na prawo jazdy zdawać. Oczywiście bez dokumentu do egzaminu nie dopuszczono, ale za to wpisano na drugi termin, za opłatą oczywiście.

 Ale to nic w porównaniu z tym, co zdarzyło się moim sąsiadom. Otóż dzięki wyborom dowiedzieli się, że kupili mieszkanie z zameldowanym lokatorem! Byli w szoku, kiedy na liście pod numerem ich mieszkania widniało zupełnie obce nazwisko! Okazało się, że sprzedający nie wymeldował z mieszkania osoby, która obecnie przebywa w domu opieki, a dzięki której mieli możliwość zamieszkiwania w tym domu. Po prostu oszukali ich. Na szczęście wszystko dało się wyprostować.

 O dzisiejszych wyborach mogę powiedzieć jedno. Wiem kogo chcę na prezydenta miasta, to i krzyżyk przy jego nazwisku skreśliłam. Na radnego też mi jeden ,,podpasował”, taki bardziej społecznik, spokojny, ,,coś tam” robi. Przynajmniej nie robi wstydu. Natomiast wybór do powiatu i do sejmiku nastręczał mi najwięcej kłopotu. Zupełnie nie znam tych ludzi! Nie wiem, co robią, co dobrego zrobili.

 Jeszce jedna uwaga. Do rady pchają się już tacy ludzie, że za głowę się złapałam, kiedy plakaty wyborcze na wystawie sklepowej zobaczyłam. Przecież ja tych ludzi znam, wiem że nie idą tam nad sprawami miasta dyskutować, o dobro wspólne zabiegać, mówiąc kolokwialnie ,,nachapać się” się chcą.

21:22, alicjazmiasta
Link Komentarze (4) »
niedziela, 09 listopada 2014

 Park Wielokulturowy Stara Kopalnia powstała na miejscu zamkniętej w latach 80. kopalni Thorez, później zwaną szybem Julia. Zagospodarowana postindustrialna przestrzeń ma być siedzibą instytucji kultury, muzeów, a przede wszystkim jest już atrakcyjną ofertą skierowaną do odwiedzających nasze miasto turystów.

23:09, alicjazmiasta
Link Komentarze (4) »
sobota, 01 listopada 2014

  Jak ważne w życiu jest poczucie, że ktoś bliski naszemu sercu na nas czeka... W ciepłym domu, z obiadem, dobrym słowem, szczerym uśmiechem przywitania. W ważnych dla nas chwilach oczekuje niecierpliwie wiadomości, choćby sms – Wszystko OK. Czujemy się wtedy lepiej, bezpieczniej, silniejsi w zmaganiu z życiem, pokonywaniu kolejnych niepowodzeń. Także nasze szczęścia są bardziej ekspresyjne, kiedy jesteśmy świadomi tego, że myśli bliskich są w tym momencie z nami. W dzieciństwie są to rodzice, dziadkowie, rodzeństwo, później małżonkowie, dzieci, wnuki. Jeśli ktoś ma szczęście, to jest otoczony kręgiem bliskich przyjaciół, którzy szczerze oczekują na dobre wiadomości, a przy złych mają nadzieję na szybkie pokonanie stromych stopni losu...

 Takiej zadumie poddałam się już wczoraj. Nie ze względu na ten szczególny czas wspomnień bliskich, których już nie ma wśród nas, wyjątkowy moment, sprzyjający rozmyślaniom nad przemijaniem. Nie o to chodzi...

 Młody człowiek, który dopiero co odebrał dokument poświadczający jego dorosłość musi zmagać się z poczuciem, że nikt już na niego nie czeka. Pozostał sam. Bardzo smutne... Nikt już nie oczekuje od niego wiadomości – Mama, zdałem prawo jazdy. Ciężko było, bo na tej drodze, wiesz której, korek był i egzaminator... Tato, dobrze poszło mi na maturze z polskiego, nie było tak strasznie... Kto kupi garnitur na studniówkę, kto będzie się wypytywał – Jak było? Opowiadaj. Matura, egzaminy na studia, szukanie pokoju do wynajęcia, słoiki z zupkami, pouczanie o konieczności zachowania porządku w otoczeniu... Następne egzaminy, kolokwia, a to czepiający się doktorant, a to kolejne sprawozdanie i nieprzespana noc... Nikt tego nie wysłucha, nikt na wiadomości nie czeka...

 Moja Mama wcześnie straciła rodziców. Miało to kolosalny wpływ na jej całe życie. Nawet dziś, kiedy jest już babcią dorosłych wnuków wspomina, jak było jej ciężko. Tego się nie zapomni nigdy.

 Kiedy dziatwa moja pokonuje kolejne stopnie w życiu, cierpliwie czekam. Czekam na wiadomość, na ten ten oszczędny w wyrażaniu uczuć sms – OK, zdałem. A kiedy wszystkich mam w domu, mówię – Idź do babci, opowiedz wszystko, ona na to czeka...

11:10, alicjazmiasta
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 października 2014

  Każde miasto ma swoich wariatów. I nie mam na myśli samorządowców, polityków, a prawdziwych wariatów-wariatów. My też mamy paru, ale Johny Radyjko jest najbardziej rozpoznawalny. Nie wiem ile ma lat, odkąd pamiętam wygląda tak samo. Krąży po ulicach Śródmieścia ze swoim radyjkiem, puszcza melodyjki i te swoje słynne już, przeplatane z angielskim, ,,nawijki”...

Cały Wałbrzych mnie zna, no, słynna postać, barwna Wałbrzycha... Makaron na uszy i nikt mnie nie ruszy.

Una Paloma Blanca, pani poleje, bo pusta szklanka.

Przebywam w Polsce, bo przyjechałem z Las Vegas, bo tam siostrę mam... (dalej niecenzuralne). Interes jej nie idzie, to jej ciuchy z Wałbrzycha wysyłam.

Jedziemy do San Francisco, Tesco blisko.

Ciao Bambino, pani poleje wino.

Halina, jesteś piękna!

Halina, wyglądasz jak amerykańska aktorka!

Wyglądasz jak Modern Talking (albo Boney M)!

Ulka,jesteś miss mokrego podkoszulka!

Tu lotnisko San Francisco, samoloty latają nisko.

Kolorowe jarmarki, zielone (niezrozumiały bełkot), Chałupy welcome to, wypiję za pani zdrowie tu.

No i najsłynniejsze...

Rambo, Putin dzwonił, mówił, że z Wałbrzycha ludzie uciekają, bo im Roman gaz zakręcił... (ku wyjaśnieniu – Roman, to imię naszego prezydenta).

 Dla tych co nie wiedzą, ,,jak wygląda" Modern Talking... :))

19:30, alicjazmiasta
Link Komentarze (10) »
piątek, 25 lipca 2014

  Uśpiona w jakimś tam dobrobycie Europa Zachodnia, na dorobku i skoncentrowana przede wszystkim na pieniądzach Europa Wschodnia, no i ten co jakiś czas wrzący Kocioł bałkański. Falami zalewany stary kontynent emigrantami ze wszystkich stron świata. Przybywają ludzie zachwyceni materialnym ,,dobrobytem", ale którzy nie bardzo chcą się asymilować mentalnie z tą ,,starą" Europą. Rosną w siłę, wprowadzają swoje prawa. Prawa, przed którymi zresztą w większości uciekali!

 Ciągłe debaty w niewydolnych i opieszałych strukturach europejskich. I nie łudźmy się, że mamy jakąś tam integralność polityczną, że Unia Europejska to unia przede wszystkim gospodarcza. To już są Stany Zjednoczone Europy, z politycznym przywództwem naszego zachodniego sąsiada! Tak jest!

 Historia lubi się powtarzać! Opieszała, broniąca swojego status quo ,,stara" Europa, z jednej strony. Wypróbowujący ,,na ile sobie może pozwolić" współczesny car, z drugiej. Każdy podejrzewa, że nie skończy się na separatystycznych walkach u naszego wschodniego sąsiada. A przecież po drodze były już skuteczne zamachy na suwerenność. Przypomnijmy sobie, jak nasz prezydent wraz z innymi głowami państw leciał z odsieczą! To wtedy już wiedziano, że Europa nic, oprócz straszenia sankcjami, nie zrobi. Sami widzimy, my, szarzy obywatele, że ,,ogłaszanie" kolejnych sankcji, to tak naprawdę pokazanie bezsilności, to taka bezskuteczna polityka informacyjna. Tyle że obnażająca tak naprawdę słabość struktur europejskich.

 Nie wiem, czy zwykli zjadacze chleba ciągle wierzą, że będzie lepiej. My tu na ,,dole" tracimy nadzieję. Przeciągający się kryzys gospodarczy, wysokie bezrobocie, stagnacja w wielu dziedzinach życia. I te ciągłe poczucie zagrożenia konfliktem zbrojnym - jak najbardziej prawdopodobnym! Chociaż usilnie nas uspokajają, zapewniają, że nic takiego się nie wydarzy. A przecież widzimy jak jest, potrafimy wyciągać wnioski!

 W którymś artykule przeczytałam, że współczesna wojna, to nie rakiety, chociaż ostatnie wydarzenia mówią coś innego. Współczesna wojna, to wojna przede wszystkim w dziedzinie gospodarki, eskalacja tych wszędzie ogłaszanych ,,sankcji" gospodarczych. A o czym mówią od jakiegoś czasu medialne nagłówki?!? I chociaż nikt nie chce tego na głos wypowiedzieć, wnioski jednak nasuwają się same...

11:26, alicjazmiasta
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 lipca 2014

  Zacznę od tego z czego jestem niesamowicie dumna, a więc te moje prawie minus dwadzieścia. Oczywiście nie jest to rezultat kilkumiesięcznej walki z ciałem, przyzwyczajeniami, nawykami, a prawie dwuletniego zmagania się z tym ,,żywiołem". Dieta najbardziej się przysłużyła, ale nie zapominam o prawidłowym ustawieniu leków na hashimoto, wiecznie powtarzającą się anemię, a także cukrzycowe medykamenta.

 Te wszystkie choroby sprzyjają tyciu, naprawdę. Anemika postrzegamy jako bladego chudzielca - nic podobnego. Ja zawsze byłam z tych ,,śniadych", łatwo opalających się na brąz, a i kilogramy nie świadczyły nigdy o anemii. Fakt, moja anemia nie wynika z niedożywienia, a z krwotoków comiesięcznych. Wierzcie mi, że w pierwszych dniach najlepiej nie wychodziłabym z domu, a na pracowym krześle mam siedzisko, które można zabrać do domu i wyprać. Nie jest to miłe, a przede wszystkim wyjątkowo nieestetyczne. Najważniejszym objawem anemii, który rozpoznaję natychmiast, oprócz oczywiście badań laboratoryjnych i złego samopoczucia, to rozkojarzenie. Nie mogę wtedy skupić myśli na jednym zadaniu, często zapominam o małych obowiązkach, czuję się niezorganizowana. Po kuracji żelazem wszystko wraca do normy. Krwotoki próbowano leczyć hormonami, ale po kilku miesiącach zrezygnowałam. Bo po pierwsze, ile można leków łykać, po drugie, nie służą mi. Miałam po prostu nieznośne bóle przydatków.

 Tak że moja walka z kilogramami, to nie tylko intensywne ćwiczenia fizyczne, dieta, ale przede wszystkim wielka batalia z niedomaganiem organizmu.

 Co do aerobiku, to po dwóch latach sumiennego uczestnictwa w zajęciach, od lutego nie mam zajęć. Zabrano nam po prostu salę gimnastyczną - remont. Dziewczyny przerzuciły się na basen, a inne jeżdżą kilka dzielnic dalej na stepa. Jak już sobie wszystko w prywatnym życiu poukładam, to może do nich dołączę. W każdym razie bardzo chciałabym, bo doświadczyłam niesamowitego działania naprawdę intensywnego wysiłku fizycznego na cały organizm, sferę fizyczną i psychiczną. Teraz, oprócz prac ogrodowych, od czasu do czasu sobie biegam.

 Jeśli chodzi o mój angielski, to mam teraz wakacje;) Zakończyłyśmy w czerwcu szósty etap nauki. Idzie nam całkiem dobrze. Od września zaczynamy dalszą edukację;) Poczytałam trochę o innych metodach nauki języka obcego i znalazłam fajny sposób ,,na fiszki". Są specjalne programy, ja wybrała Anki, i pliki do pobrania. Oprócz słówek, można uczyć się całych fraz, idiomów, najczęściej używanych zwrotów. Oczywiście to jest tylko dopełnienie nauki u boku nauczyciela języka.

 Trochę z Małżonem jeździmy tu i tam. Interesujemy się historią regionu, więc po przeczytaniu tego czy owego, chcemy to zobaczyć. Czasem musimy łamać zakazy, bo wchodzimy na teren prywatny albo z zakazującą wchodzenia tabliczką. Nierzadko jesteśmy obserwowani przez miejscowych, o co nam chodzi. Tak na przykład było w Dworze Sarny w Ścinawce Górnej. Obok pałacu jest miejscowy sklepik, który służy też za miejsce spotkań. Oczywiście, kiedy zjawia się obcy, staje nie poniekąd ,,atrakcją". Fajnie, że ruszyły prace dla odratowania tego zabytku.  

 Moja koleżanka, ta po rozwodzie, znalazła sobie nowego partnera. Zakochany w niej... Najważniejsze jednak, że jej córka go akceptuje, zresztą lubią się nawzajem. Koleżanka ma trochę kłopotów finansowych i w pracy, ale jakoś ciągnie.

 Za to druga koleżanka, ta co pożyczonych pieniędzy nie chciała oddać... Szkoda mówić. Rozsypało się wszystko. Małżeństwo, rodzina, bank zabrał mieszkanie, samochód... Po prostu katastrofa.

 Trzecia koleżanka wyjeżdża do Wrocławia. Pracuje w firmie, która centralizuje się w większych miastach. To jedna z tych firm, co rachunki dostajemy często z odległych miast.

 A tak poza tym, jakoś tam życie się pomału toczy...

10:30, alicjazmiasta
Link Komentarze (5) »
sobota, 19 lipca 2014

  Porzeczek czerwonych uzbierałam kobiałkę, wiśni może dwa kilogramy. Drzewa w tym roku bardzo mało obrodziły. Kiedy był okres kwitnienia, a kwiecia było naprawdę dużo, kilka dni przymroziło, i po owocach. Truskawek też nie było za wiele. Za to czosnek zimowy całkiem całkiem. Sałaty miałam tak dużo, że nikt już na nią nie może patrzeć. Rzodkiewka podłużna zdrewniała - za sucho w pewnym momencie.

  Nie robię zdjęć ogórków i pomidorów, a i dyni też nie, bo dopiero kwitną - nie chcę zapeszyć, ale nie powiem, zapowiadają się całkiem spore plony;)

 A dzisiaj mieliśmy rodzinne spotkanie przy grillu. Bardzo gorąco. I tak sobie pstryknęłam fotkę.

22:00, alicjazmiasta
Link Komentarze (6) »
piątek, 18 lipca 2014

  Wiem, wiem... tak się nie mówi... Ale będzie szczere sprawozdanie z mojej kilkumiesięcznej nieobecności w bloxowej społeczności. Tak po prawdzie to byłam, tyle że się nie logowałam. Ale odwiedzałam Was od czasu do czasu; tak incognito ;) Miałam już zamiar wykasować bloga, przemyślałam jednak sprawę i doszłam szczerze do wniosku, że ja przecież lubię pisać, lubię być z Wami i przeżywać Wasze przeżywanie. Więc nic z tego!

 Najpierw się usprawiedliwię z tej nieobecności. Po prostu dopadł mnie marazm, takie swoiste ,,nicniechcenie". Za dużo niedobrego doświadczyłam od początku roku. Jeżeli  nieszczęścia chodzą parami, to, przede wszystkim mnie, ale także całą moją rodzinę, dopadło ich cztery. Praktycznie w każdym miesiącu ,,coś" się wydarzyło. Poradziliśmy sobie z tym... ale blizna w sercu zostanie...

 No dobrze, dość marudzenia i użalania się nad sobą. Z dobrych wiadomości to to, że jestem na urlopie. Hurrra! Urlop spędzamy z Małżonem na ,,Rodos", czyli konkretnie na naszej działce. Niestety nie zaciągnę kredytu, nie pogrążę nas w finansowej zapaści - trzeba z czegoś zrezygnować, padło na wypoczynek letni. Tym bardziej trzeba być ostrożnym, że w przyszłym roku także Kuba wybiera się do Wrocławia na studia.

 Fajną rzeczą jest to, że osiągnęłam prawie dwadzieścia. Ha! Nie lat, bo jak wiecie dwudziestkę to mam na karku już podwójną z hakiem. Jestem niesamowicie dumna z tego, że mam dwadzieścia kilogramów siebie mniej! Dieta cukrzycowa zdziałała cuda! Nieodpuszczanie śniadania, kilka posiłków dziennie, do dwóch kromek chleba pszennego tygodniowo, więcej warzyw, chudego mięsa i ryb, a mniej tego co podwyższa słodycz we krwi. No, tyle że cała moja garderoba jest do wymiany. Zrobiłam już porządki w szafach. Żal trochę porządne ciuchy wyrzucać, ale co zrobić. Część rzeczy oddałam do Rady Wspólnoty Samorządowej w naszej dzielnicy. Oprócz moich, oddałam sukienkę studniówkową Izki i spodnie garniturowe Kuby.

 Z tych nie bardzo fajnych faktów, to to, że znów zaczęłam palić. Po dziesięciu latach niepalenia! Z tego nie jestem dumna, ale myślę, że i z tym sobie poradzę, ale jeszcze nie przyszedł na to czas.

 Izkę mam na wakacje w domu. Przeszła na trzeci rok studiów. Ma co prawda dwa egzaminy w plecy, ale taki system na uczelni, że trzeba zdobyć odpowiednią ilość punktów, a taką zdobyła, żeby przejść dalej. Niezaliczone kursy musi w całości powtarzać, no i kasę trzeba z kieszeni wyłuskać, bo poprawki są płatne. Pod koniec lipca jedzie jako wychowawca na kolonie z dzieciakami z Łodzi pod Olsztyn. Pod koniec sierpnia zaś ma czterotygodniowe praktyki w moim szpitalu w laboratorium bakteriologicznym. Mówi, że bardzo lubi mikrobiologię i że chciałaby z tego działu pisać pracę inżynierską. Bardzo trudno jednak dostać się do promotora z tej dziedziny. Zobaczymy, może się uda.

 Kuba też ma wakacje - całymi dniami nie ma go w domu. Wpadnie tylko na obiad, jeśli w ogóle przyjdzie, i tyle go widziałam. W sierpniu kończy osiemnastkę. Aaaa... robi kurs prawa jazdy. Wiem, że popija piwo z kolegami, ale wiem też na pewno, że nie pali papierosów, ani innych ,,wynalazków".  Ściga mnie za moje palenie i trochę wyzywa, że śmierdzi. No przecież wiem... W ogóle chłopaki w największe nawet gorąco grają w piłkę. Kręcą się tam też nieznane mi dziewczyny. No cóż, prawa młodości.

 Teraz o moim Małżonie. Parę dni zamęcza mnie swoimi nalewkami własnej roboty. Garnków, słoików na parapecie, wszystko się lepi, a ja tylko ze ściereczkami latam. Robi nalewkę z porzeczki i wiśnióweczkę. W ogóle lubi robić takie swojskie rzeczy. Jak nie wymyśli pasztety, konserwy mięsne, to znowu teraz faza na alkohole. Ale dobre to jest, nie powiem.

 W środę byliśmy w hurtowni dżinsowej kupić kilka par spodni dla mnie i dla niego. O ile ja wybierałam za duże, to mój Małżon wielce zdziwiony, że rozmiar w pasie mu się zmienił. Dziwną prawidłowość zauważyłam - wraz z utratą moich kilogramów, mój Małżon nabywa centymetrów w pasie. Nawet ogrodowe prace fizyczne, wycieczki piesze nie pomagają. No i co z tym zrobić?!

 No to się rozgadałam. W następnym wpisie opowiem o sobie, jest tego trochę. A zaraz zrobię obiad i pójdziemy z Małżonem do naszego ,,Rodos" ;)

11:33, alicjazmiasta
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 24 marca 2014
piątek, 14 marca 2014

  Właściwie nie wiem, jak ująć w słowa, jak przelać myśli, jak napisać o ostatnich wydarzeniach... Szkoła z życia, z bycia przyjacielem, z bycia... człowiekiem. Jak pomóc osobie cierpiącej? Co zrobić, kiedy nie da się już nic zrobić? Kiedy ,,to" już się stało, a cierpienie łamie czyjeś serce, i to serce najbliższej osobie?

 Nie wiem, czy zdaję ten egzamin, chyba nigdy się nie dowiem. To, co robię, robię intuicyjnie. Robię to, co podpowiada mi serce, co wydaje mi się być na miejscu. A co robię? Po prostu jestem, słucham, dzwonię, wysyłam sms-y, udaję opanowaną i bardzo racjonalną... Działam, załatwiam, sprzątam, zaprowadzam do lekarza, pilnuję przyjmowania leków, posiłków, godzin snu. Bo co można innego? Jak pomóc? Gdybym miała taką moc, wzięłabym to cierpienie na siebie. Zresztą, tak po prawdzie, to tak po trosze jest. Nie pozwoliłam ,,załamać" się, nie pozwoliłam na histerię, na ,,ucieczkę" w cierpienie. Trzeba żyć i ,,to" przeżyć!

 Nie wiem, czy robię dobrze. Z zewnątrz może wydawać się, że ta moja racjonalność w cierpieniu to taka ,,bezduszna", bez jakichkolwiek uczuć, współczucia. Że nie daję się wiecznie wypłakiwać, że nie pozwalam na rozmyślania, że wszystko tak do bólu racjonalnie, prawie psychologicznie tłumaczę. ,,Tłumaczę życie".

 Sama nie wiem, skąd w podobnych sytuacjach biorę siłę. Nie uważam się za osobą łatwo radzącą sobie z życiem. Kiedy jednak los doświadcza najbliższych moje myślenie zmienia tor, staje się takie... dziwne. Może dziwne, może nie... Tyle że nic innego wtedy się nie liczy... Wydaje mi się jednak, że tak powinno być... Po prostu być... 

19:55, alicjazmiasta
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24


E-mail